„Uznano, że nie trzeba interweniować” – mówi osoba doświadczająca przemocy (cz. I).

W najbliższy poniedziałek zaczynamy Tydzień Pomocy Osobom Pokrzywdzonym Przestępstwem. Do przestępstw wymienionych w Kodeksie Karnym zalicza się również przemoc psychiczną. Jedna z osób pokrzywdzonych tą formą przemocy zgodziła się opowiedzieć mi swoją historię szukania pomocy w instytucjach, które są do tego powołane. Poniżej zamieszczam wywiad z Anną* z Częstochowy, z którego dowiesz się, co czuła pukając od drzwi do drzwi i czy ktoś w końcu zajął się jej sprawą.

Autor bloga: W jakich instytucjach szukała Pani pomocy jako osoba pokrzywdzona przemocą? Czy ta pomoc była skuteczna?

Anna: Najpierw szukałam wśród przyjaciół. Potem wśród koleżanek z pracy i tutaj nawet znalazłam pomoc w takim sensie, że mi to nazwano przemocą. Podobnie było podczas rozmowy w szkole, że nazwano to przemocą. I była taka pomoc w formie pomocy koleżeńskiej, że ustalałam z kimś strategię postępowania w jakiejś konkretnej sytuacji domowej i potem szłam do domu, i próbowałam te strategie wdrożyć. Jednak na dziś oceniam, że było to zdecydowanie za mało, i że było to jakąś stratą czasu, i że trzeba było dużo szybciej podjąć jakiś radykalny krok. W tamtym czasie może byłam jedynie na to gotowa, ponieważ to mnie jakoś odciążało, trochę pomagało.

Znamienne było to, że chodziłam w kolejne miejsca i opowiadając wiele różnych rzeczy dowiadywałam się tego samego wniosku, że jest to właśnie przemoc psychiczna, ale właśnie radzono mi, żebym przesunęła granice i próbowała jakiś ten porządek wprowadzić. W ten sposób, myślę, radziłam sobie jakieś 12 lat, albo 10.

Wielokrotnie rozważałam pójście do MOPSu i zwrócenie się o asystenta rodziny. To było za sugestią wychowawców przedszkola i za sugestią pani pedagog w szkole. Jednak decyzja o zwrócenie się o pomoc do instytucji jest bardzo trudna i odwleka się ją w nieskończoność, i teraz wiem, że nie tylko ja tak robiłam. Odwlekałam, sądząc, że to ściągnie na mój dom jakąś wichurę, nawet jeśli ona będzie dobrą wichurą to jednak będzie wichurą, więc bojąc się, że będą liczne konsekwencje, odkładałam ten moment, bojąc się również skrzywdzić męża a także jego rodziców poprzez zepsucie mu opinii. Pamiętam, że pierwszy raz jak poszłam do MOPSu to weszłam tam,

każdego wstydziłam się zapytać i każdemu wstydziłam się powiedzieć po co przyszłam.

Wydawało mi się to już absolutnym „mistrzostwem świata”, że mam tam wejść i zapytać o możliwość uzyskania pomocy Asystenta Rodziny. I gdy weszłam na I piętro zobaczyłam w sekretariacie dziewczynę, która kiedyś u mnie pracowała jako opiekunka do dzieci, ale było to krótko i nie zdążyłam z nią nawiązać jakiejś większej relacji, więc spłoszyłam się już całkowicie i wyszłam z tego MOPSu, i się rozpłakałam na ulicy. Ale wtedy wpadłam na pomysł, że poproszę koleżankę i ona to zrobiła dla mnie, że zadzwoniła tam i zapytała kto konkretnie zajmuje się moim rejonem. Poprosiłam ją o to, żebym nie musiała opowiadać tej historii trzem osobom, tylko żebym już trafiła do konkretnej osoby odpowiedzialnej za mój rejon i za asystentów rodziny. Pamiętam, że pójście do tego MOPSu było poprzedzone długotrwałą rozmową w szkole z panią pedagog, wcześniej napisanym listem do pani wychowawczyni i potem dwiema lub trzema rozmowami w przedszkolu. Mogę tylko powiedzieć, że w szkole jak i w przedszkolu szybko zareagowano tą propozycją załatwienia asystenta. Co ciekawe, jak już wreszcie się na to zdobyłam to się okazało, że asystenta nie przydziela się w sprawie tak poważnej jak przemoc domowa, przemoc psychiczna. I właśnie z powodu tego, że w moich wypowiedziach były wątki mogące świadczyć o przemocy, to dlatego ostatecznie mnie odesłano i odmówiono mi przydzielenia asystenta.


Natomiast ta wizyta, gdzie ja już się zdecydowałam tego asystenta załatwiać trwała do kilka godzin (dwie do trzech) i po tych 2-3 godzinach dowiedziałam się, że pani, która ze mną rozmawia właściwie nie jest osobą kompetentną do załatwienia mi tego, bo tak naprawdę odpowiedzialne za mój rejon są panie, które z nią siedzą w pokoju, ale są właśnie nieobecne.

A ta pani została już przeze mnie połączona telefonicznie z Ośrodkiem Pomocy Osobom Pokrzywdzonym Przestępstwem, gdzie to wspierająca mnie jeszcze wcześniej Pani Ania naświetliła tej Pani siedzącej za biurkiem, że gdybym była jej podopieczną na jej terenie to już dawno miałabym i Asystenta i Niebieską Kartę. Teraz, ponieważ ja nie wiem w jakich sytuacjach się Asystenta przydziela a w jakich się go nie przydziela, natomiast wiem, że ktokolwiek znalazłby się w moim domu, kto nie byłby mną mógłby tam po prostu wprowadzić jakąś harmonię i spokój, i złagodzić obyczaje.

Tak naprawdę to w tym MOPSie spędziłam jakieś 3 godziny i poproszono mnie, żebym przyszła następnego dnia i porozmawiała z paniami właściwymi .

To już było dość mocno eksploatujące, bo ja naprawdę spędzając tam 2-3 godzin jednocześnie zostawiałam swoje obowiązki i albo to były porzucone obowiązki zawodowe, albo porzucone obowiązki domowe, albo porzucone obowiązki macierzyńskie, więc było to dla mnie trudne. Czyli po pierwsze było trudne dla mnie przyjście, wejście i takie odkrycie się z problemem a po drugie trudne było to, że to było czasochłonne i też emocjonujące. Następnego dnia, więc musiałam przyjść znowu i tam była już Pani właściwa i druga Pani, która była starsza i była jej nadzorcą albo jakimś doradcą.

Następnego dnia przyszłam i popowiadałam to samo i panie mówiły: „Ooo, to trudna sytuacja jest oczywiście, ale w kwestii odbierania dzieci z przedszkola to musicie się Państwo dogadać jakoś. Nie możecie tak robić, że będą odbierane później ”. Czyli coś, co ja zgłaszałam jako problem i jako coś czego nie umiem wyplenić z naszego domu, dostawałam na koniec jako zadanie do odrobienia.

To było ciekawe. Aaa, panie te też przyszły do domu podwiadywały się i upewniły się o te rzeczy, które ja pytałam, które ja opowiadałam. No i była to wizyta w domu i potem poszły, zanotowały, ponotowały i poszły. W końcu mnie skierowały do Centrum Wsparcia Rodziny. Ja nie wiedziałam, że to jest całkiem inna komórka, bo tego też mi nie powiedziały, powiedziały, że mam pójść na to spotkanie. No więc poszłam. I odbyło się spotkanie, w którym udział wzięło kilka osób, ale to były prawdopodobnie osoby będące asystentami rodziny oraz pani, która koordynowała ich prace. Ja ponownie opowiedziałam całą historię i wtedy one powiedziały, że ich zdaniem jest tak, że asystenta przydziela się rodzinie, gdzie rodzice sobie nie radzą, ale są zgodni. A tutaj jest inna sytuacja, że Pani sobie radzi, ale jest przeszkoda ze strony męża. W związku z tym to kwalifikuje się inaczej – jako przemoc psychiczna.

I ta Pani mnie odsyła do „Etoh” na Aleje Pokoju. Tam odbyło się identyczne spotkanie z tymi wszystkimi Paniami i ja przedstawiałam problem i znowu trwało to 2 godziny.

Na końcu tego spotkania Pani koordynująca powiedziała mi, że bardzo dobrze, że przyszłam i że to zgłaszam. Zapytała czy jestem świadoma tego, że gdybym tego nie zgłosiła to jestem współodpowiedzialna za przemoc i za to też grożą konsekwencje. Co ja zrozumiałam, że ona rozumie istotę i powagę problemu. Powiedziała, żebym poszła do MOPSu i założyła Niebieską Kartę wraz z Panem, który był przedstawicielem MOPSu i był pracownikiem socjalnym. Poszłam, więc i założyłam tę Niebieską Kartę, co oznaczało, że tam następnego dnia czy za kilka dni zostałam wezwana na taki wywiad, który ze mną zebrano, który też trwał kilka dni. Potem po mnie, następnego dnia miał przyjść mąż i przyszedł, i prawdopodobnie jak już przyszłam ja i on to Panie uznały, że jest to jakiś konflikt rodzinny.

Bo on im po prostu powiedział, że te rzeczy, które ja zgłosiłam jako narzucany nam styl życia, który ja uważałam za chory i wiele moich przyjaciół też. To on tym paniom powiedział, że on myślał, że my oboje tak chcemy, że to jest nasz wspólny program, że realizujemy nasz wspólny program i TE PANIE TO „KUPIŁY”. A więc nie miały już pomysłu, żeby się angażować w pomaganie mi.

Potem przydzielono mnie panu, który był pracownikiem socjalnym w MOPSie. Też spotkał się ze mną 3 razy, zrobił ileś wywiadów, ileś ankiet, wszystko to zanotował. Sumarycznie jakbym wzięła pod uwagę najpierw 3 spotkania (2 w MOPSie), potem w Centrum Wsparcia Rodziny, potem w „EtoH” – to jest 4. Potem z tym panem 3 razy to w sumie jest 7.

To było 7 spotkań, po których ja generalnie byłam ciągle w tym samym punkcie.

Jeśli doliczę do tego jeszcze spotkania w szkole, które były 2 ( z wychowawczynią i z pedagogiem szkolnym) oraz 3 z zespołem nauczycieli, uczących mojego syna czyli 3 czyli razem 7. Jeżeli do tego dołączę spotkanie w przedszkolu, gdzie siostra (zakonna) nalegała na to, abym załatwiała asystenta rodziny już od pierwszego razu to jest co najmniej 8. Potem jeszcze rozmawiałam z Panią na Sikorskiego, gdzie mnie właśnie wysyłała siostra z przedszkola to już jest 9. No i potem cała masa rozmów w Ośrodku dla poszkodowanych przestępstwem, ale w „Macierzy” nie w „Etohu”, których było dużo, tych spotkań, po których Pani Ania zdecydowała, że ona napisze, wniosek do Sądu.

Momentami jak o tym myślę to czuję złość i potem doszłam do takiego punktu, że to wrażenie, że nikt mi nie pomógł i nikt mi nie pomoże, zaczęło powodować we mnie takie autoagresywne myśli, że np. żeby od tego uciec to potrzeba byłoby popełnić samobójstwo,

ale to były takie dość przytomne stany moje, że ja wiedziałam, że to są takie przelotne myśli, których ja się nie uchwycę, ale o których ja wiedziałam, ze pod nimi się kryje chyba moja złość na te wszystkie panie, i na te wszystkie osoby i że miałam taką myśl głęboką, że im pokażę w takim razie i pewnie jak zrobię sobie krzywdę i np. umrę, to się zrobi z tego chryja i wtedy będą się zastanawiały dlaczego nie pomogły.

Ogólnie to kilkanaście tych spotkań a te regularne w Ośrodku dla Poszkodowanych Przestępstwem to u jednej osoby było naście a drugiej kilka. I ta druga powiedziała, ze jeśli szkoła nie napisze wniosku to ona napisze i napisała mi dwa wnioski.

Autor bloga: Czy czuła Pani, że ktoś w tych instytucjach aktywnie zaangażował się w Pani sprawę?

Anna: Miałam wrażenie, że pani Polańska miała taki moment i pani Lidia Zeller i to rzeczywiście to poczułam, to przez moment miałam taką bardzo dużą nadzieję. Ta pani Lidia, która mnie odesłała po Niebieską Kartę i zrobiła to z całym przekonaniem, mówiąc, że ta sprawa przerasta możliwości asystenta, który sobie tam nie poradzi. Czyli w jakimś sensie uznała jakby większy kaliber problemu. Powiedziała, że

asystenci są młodzi i że z kimś takim jak mój mąż sobie nie poradzą,

odesłała mnie do „Etoh” i również tam pani koordynująca to spotkanie też miałam wrażenie, że jest gotowa mi pomóc, bo powiedziała, że mam iść założyć Niebieską Kartę w MOPSie i wrócić, ale to był dzień jakoś czy dwa przed świętami i nie zdążyliśmy tej Karty założyć. Czyli tamci pracownicy już nie dali rady tego dnia i odesłali mnie na po świętach i wtedy ja zapomniałam, że mam założyć Niebieską Kartę i wrócić a panie, które mi tę Niebieską Kartę założyły powiedziały mi, że mam przyjść po prostu, że mam przyjść na rozmowę, i przyszłam na rozmowę do nich, zapominając, że należało wrócić tam.

Potem się zadziało coś takiego, że ten mój mąż podpuścił dzieci, żeby one założyły Niebieską Kartę mi i w tym momencie te Niebieskie Karty potraciły wartość, bo tak sobie nawet myślę teraz, że mając zgodę na to, że oni ją założyli, myślę sobie, że niedobrze jest, że ona jakby anulowała te moje wnioski. Czyli dobrze, niech one sobie prowadzą obie Niebieskie Karty, a nie, że jedna drugą znosi. Ponieważ odniosłam wrażenie, to że MOPS w spotkaniach interdyscyplinarnych zaczął przekazywać te informacje, a mnie na tych spotkaniach nie było, sprawiło, że udaremnione już były wszystkie moje starania o znalezienie pomocy.

Czyli już potem nikt nie chciał mi pomóc, czyli nikt nie uznał tego problemu mojego wybuchu jako skutek pewnego stanu, w którym trwam od wielu lat, i że czuję się jak w pułapce, i że jestem zamknięta w klatce, i że dla mnie to jest coś absolutnie trudnego, i że mnie to przerasta, tylko uznano, że nie trzeba interweniować.

Potem zastanawiałam się nad tym, czy nie powinnam napisać do Sądu Rodzinnego i do MOPSu, że w tej sytuacji ja się wyprowadzam, i że zostawiam ten dom, bo nie potrafię tam funkcjonować a jednocześnie boję się zostawić dzieci, boję się wyprowadzić i przyszło mi do głowy, że muszę to Sądowi napisać.

Nie no ogólnie mam coś takiego, że się czuję pokonana, i że czuję, że nikt mi nie uwierzył

a jednocześnie mam te wszystkie cechy o których się pisze, że mają je ofiary przemocy – czyli mam poczucie winy i obawy, że krzywdzę męża i nie chcę go krzywdzić, łatwo mi wpaść w poczucie winy, że to ja robię coś złego, a więc łatwo jest mi przekierować ten punkt nacisku, na to że mi się nie należy żadna pomoc, bo właściwie to nic takiego się nie działo a oprócz tego to ja właściwie też nie jestem święta. I wtedy to jest najwięcej, jak ja słucham osobę będącą poszkodowaną przemocą, to ja ją najlepiej rozumiem i to jest najlepszy moment.

Ciekawe, bo ta sama historia opowiadana przeze mnie jednej psycholog, drugiej psycholog, siostrze czy nauczycielom oraz historia zaobserwowana przez psycholog małżeńską i nazwana przemocą, jednocześnie – podczas gdy z nimi rozmawiam, one to nazywają i wtedy się upewniam, że to jest ten problem – w momencie

jak zaczynam szukać konkretnego wsparcia w instytucjach to jestem zupełnie odsuwana, jakby spuszczana po prostu i mam wrażenie, że ludzie mi wtedy nie wierzą. Czyli nie wierzą w tę samą historię, w którą tamci wierzą.

Ja sama nie wymyśliłam sobie tego, że mam przemoc psychiczną, ale powiedziała mi to jedna, druga, trzecia, czwarta i piąta osoba. Mówiąc mi to nakłaniała mnie do szukania pomocy.

I teraz w momencie, gdy ja idę szukać tej pomocy we wskazanym miejscu, to osoby, które mnie tam wysłuchują właściwie nie zajmują się tym jako przemocą. W związku z tym ja zaczynam powątpiewać.

Jedyne miejsce, gdzie poczułam działanie to był komendant policji, który powiedział po 20 min. rozmowy ze mną, że on nie ma żadnej wątpliwości, co to jest i że to wyczerpuje właśnie znamiona art. 207 kk…. I wtedy poczułam naprawdę ulgę.

Autor bloga: A czy nie byłoby zadaniem tych osób, w tych instytucjach, które usłyszały, że Pani doświadcza przemocy zgłoszenie tego na prokuraturę? Czy nie miałby w ten sposób zareagować?
cdn.

Jeśli:

  • czujesz się poruszony opowieścią Anny*
  • jeśli sam/a jesteś osobom pokrzywdzoną i chcesz podzielić się swoją własną historią lub potrzebujesz wsparcia
  • chcesz pomóc w jakikolwiek sposób

To proszę pozostaw swój komentarz, skontaktuj się ze mną przez formularz kontaktowy lub napisz mail: uwolnijswezasoby@gmail.com

*Imię osoby pokrzywdzonej przemocą zmieniono w celu zachowania anonimowości.